wtorek, 4 lipca 2017

Rozdział 7







Oby Peeta miał racje, co do tego, że Jo się pomyliła... Chociaż w głębi duszy czuje coś niepokojącego. Jest to uczucie nie do opisania. Słyszę, że ktoś od klucza stalowe drzwi, nagle przez ułamek sekundy widziałam czyste Słońce ,cudowny widok. Wszyscy dotychczasowi lokatorzy zbierają się przy schodach, a zza drzwi wychodzi Ona... Dawno jej nie widziałam, nawet się nie zmieniła, cały czas ma te same rude włosy i promienną twarz, jest jeden drobny szczegół, do którego mogłabym się przyczepić, a mianowicie na jej rękach jest maluszek, który może mieć już 4 miesiące, maleństwo jest zaskakująco podobne do Finnicka...

-Annie...-jedynie to zdołam z siebie wydusić, dlatego też nie zwlekam na decyzję innych i powoli podchodzę się przywitać z moją przyjaciółką.
Kiedy jestem już wystarczająco blisko, patrzę jej głęboko w oczy i widzę smutek, a zarazem szczęście. Cieszę się, że po śmierci męża zdołała odnaleźć szczęście i spokój. Kątem oka widzę, że Peeta podchodzi z tym samym tempem co ja i staje tuż obok mnie, dzielą nas milimetry. Annie patrzy na nas z szerokim uśniechem na twarzy i oznajmia, że ten mały chłopczyk nazywa się Jay.

- Chcesz go potrzymać?- Annie zwraca się do Peety, lecz ten nie jest zbyt przekonany
- Przepraszam Annie, ale boje się, że połamie Go moimi łapskami, lepiej niech Katniss potrzyma Jaya. - mówi i patrzy mi prosto w oczy, a ja nie mam jak zaprzeczyć ponieważ mam już młodszą kopie Finnicka w ramionach. WOW! Nigdy się tak nie czułam nawet, gdy mama pozwalała mi potrzymać Prim, kiedy była jeszcze malutką dziewczynką. Czuje jak jedna łza spływa mi po policzku. Moja mała, kochana Prim, której już z nami nie ma... Annie poszła się przywitać z resztą, a Jay, Peeta i ja stoimy tak jak staliśmy, łzy po moich policzkach spłuwają coraz szybciej jedna po drugiej spadając na drobne włoski synka Annie i Finnicka. Chcę otrzeć łzy, lecz boje się, że upószcze małego, Peeta widząc ten precedens ociera je swoimi ciepłymi rękami, które pachną pieczonym chlebem.




wtorek, 21 lutego 2017

Rozdział 6

Trwa to zaledwie sekundę.
Odzyskuję przytomność jeszcze zanim uderzam o ziemię. Na ułamek sekundy wpadam w panikę i nie wiem co zrobić, aż ponownie odnajduję mięśnie i poruszam kończynami. Zdążam sięgnąć ręką za plecy i podeprzeć się, amortyzując upadek. Mimo to, ląduję mocno na pośladkach, oszczędzając jednak górną część ciała. Krzywię się, bardziej z upokorzenia niż z bólu..
Co właśnie się stało? Czy ja zemdlałam?
Ciężko mi się myśli. Mój mózg pracuj na zwolnionych obrotach.  Może po prostu jestem odwodniona? Mało jadłam przez ostatnie dni i słabo śpię. Tak, tak. To na pewno to.
W głębi duszy wiem jednak co się stało. Czuję pieczenie na policzkach i nieprzyjemny dreszcz przechodzi przez całe moje ciało. Mam ochotę zapaść się pod ziemię. Tak bardzo chciałabym, aby istniało inne wytłumaczenie całuj tej sytuacji. Gorączkowo próbuję wymyślić jakieś wytłumaczenie, zanim Peeta podbiegnie do mnie, aby mi pomóc.
- Katniss?
Jest dużo bliżej niż się spodziewałam. Gdyby pospieszył się jeszcze trochę bardziej, zdążyłby mnie pewnie złapać. Przykładam sobie rękę do czoła nie otwierając oczu, ale nic to nie daje. Moje ręce są ciepłe i nie dają ulgi mojemu rozpalonemu umysłowi.
- Katniss? Wszystko dobrze? Odezwij się.
Wzdycham.
- Nic... Nic mi... chyba nie jest. - odszeptuję. - Chyba zasłabłam. Czułam się źle cały dzień. - kłamię.
Słyszę jak wstaje i się oddala. Potem odkręca kran i po chwili kładzie w mojej dłoni chłodną szmatę. Przydałam ją sobie do czoła.
- Chcesz się położyć?
Kiwam głową ciągle z zamkniętymi oczami. Boję się co się może wydarzyć jeśli znowu je otworzę.
- Daj mi chwilkę. - proszę.
- Kręci ci się w głowie.
To nie było pytanie, mimo to, kiwam głową.
- Zaczekaj chwilę. - mówi i znika. Tym razem na trochę dłużej. Siedzę z głową opartą na kolanach, oddychając głęboko. Naprawdę kręci mi się w głowie. Kiedy Peeta wraca, podaje mi ramie. Czuję materiał na pod palcami, więc powoli i ostrożnie otwieram oczy. Ubrał się. Kieruję wzrok wyżej, na jego oczy, w których kryje się niepokój.  - Pomogę ci, zgoda?
Kiwam głową. Podnosi mnie z podłogi i owija swoje amie wokół mojej tali, podtrzymując mnie. Bez jego pomocy miałabym trudności z dostaniem się z powrotem do mojego pokoju. Kiedy dochodzimy do schodów, Peeta kuca i chwyta moje nogi podnosząc mnie w górę. Oddech więźnie mi w gardle.
- Tak będzie łatwiej. - mówi. Kładę głowę na jego piersi nie potrafiąc utrzymać jej w pionie. Czuję kołysanie, więc przyciskam ręcznik mocniej do skroni. Peeta stawia mnie na ziemi tuż przed moim pokojem i otwiera drzwi. Wprowadza mnie do środka i pomaga usiąść na łóżku.
Słyszę głos Haymitcha.
- Co się stało?
- Zasłabła. Przynieś jej trochę zimnej wody i coś do jedzenia. Upiekłem bułki serowe. Są na blacie.
Nie jestem pewna, ale Haymitch chyba kiwa głową i wychodzi. Jest mi niedobrze.
Czuję, że Peeta odchyla poły kołdry.
- Połóż się. Za chwilę powinnaś poczuć się lepiej.
Robię grzecznie co mi karze. Opieram głowę na poduszce.
Haymitch wraca z mim jedzeniem i kładzie je na stoliku nocnym. Czuję smakowity zapach moich ulubionych bułek i czuję łaskotanie w żołądku, które magicznie wyparło nudności.
Haymitch pyta czy potrzeba czegoś jeszcze, ale Peeta go uspokaja.
- Przypilnuję ją chwilę, żeby coś zjadła. Dam sobie radę.
Haymitch wychodzi. Otwieram przymknięte oczy. Peeta odchodzi do mnie i przysiada na skraju łóżka. Podaje mi szklankę z wodą.
- Do dna. - rozkazuje. Wzdycham, ale chwytam za szklankę i pociągam spory łyk. Chcę mu ją oddać, ale kręci głową. - Do dna.
Przewracam oczami i wpijam wszystko.
- Teraz bułka? - pytam słabym głosem. Kiwa głową. Chwytam chleb i rozdzieram go palcami. Jeszcze ciepły. Wkładam kawałek do ust i nie mogę powstrzymać westchnięcia. Peeta się uśmiecha. Zjadam co do okruszka. Peeta kiwa głową, zadowolony.
- Łatwo poszło. - szepcze. - Teraz powinnaś chyba trochę odpocząć.
Oczy rzeczywiści mi się kleją, ale pod innymi względami czuję się dużo lepiej. Kiwam głową. Peeta dotyka mojego ręcznika. Delikatnie muska przy tym rozpaloną skórę. Przechodzi nie dreszcz.
- Namoczę ci ręcznik. - mówi i sięga po niego, ale chwytam jego rękę.
- Możesz tu zostać? Tyko aż zasnę. - proszę.
Patrzy na mnie uważnie. Przygryza policzek i cofa rękę. Ostatecznie kiwa delikatnie głową.
- Tak. Oczywiście, Katniss. Pewnie, że zostanę.
Pokrzepiona tą myślą chwytam go za rękę i zamykam oczy.

Budzę się rankiem. Albo przynajmniej tak mówi mój zegarek. Wskazuje na szóstą dziesięć. Pety nie ma obok mnie. Słyszę trzaśnięcie drzwi i przekręcany zamek, a potem głos.
- Halo?
Migiem odrzucam kołdrę na bok i wyskakuję z łóżka. Moje nogi lekko się chwieją, ale odzyskuję równowagę. Wychodzę na zewnątrz.
- Katniss?
- Johanna!
Podbiegam do niej ostrożnie i obejmuję ją mocno. Johanna chwyta nie w tali i śmieje się głośno.
- Stęskniłaś się, ciemna maso?
- Nawet nie masz pojęcia.
- Gdzie całą reszta?
- Śpią.
Prowadzę Johannę do kuchni, gdzie po raz pierwszy przeprowadzamy inspekcję. Mamy Cały ogromny zapas puszek i słoików, a także mrożonek i suchych składników. Johanna wyciąga z zamrażarki kawał jakiejś żółtej masy.
- Zamrozili masło. - śmieje się.
Znajdujemy suszoną wołowinę, mrożone mięso ale ani śladu nie mrożonych warzyw, owoców, jajek ani pieczywa oprócz bułek Peety,
- Ta królicza nora to nie ma być schronienie na arę dni. - odzywam się. - mamy tutaj spędzić co najmniej miesiące.
Johanna skrywa twarz w dłoniach.
- Tego mi właśnie było trzeba. Kolejnych miesięcy pod ziemią. Hura.
- Czyżbyś używała ironii?
- Coś nowego prawda?
Śmiejemy sie obie, ale krótko i smutno. Obie zdajemy sobie sprawę z faktu, iż jesteśmy uwięzione. Może i na zawsze. Po raz pierwszy taka myśl przychodzi mi do głowy.
W ciszy przedzieramy się przez stosy w spiżarni. Mleko kokosowe, płatki owsiane, suszone owoce. Jest tego masa,
W pewny momencie słyszymy kroki na schodach i do kuchni wchodzi Peeta.
Johanna uśmiecha się smutno na jego widok. On robi to samo. Podchodzą do siebie i obdarowują uściskiem. Nie potrafię sobie wyobrazić jakie potworne wspomnienia przemykają teraz ich umysły.
Kiedy się od siebie odsuwają, eta spogląda w moją stronę.
- Co robicie?
- Przeglądamy zapasy. - odpowiadam. - Wolę wiedzieć na czym stoimy i wygląda na to, że...
- Zostajemy tu na dłużej. - kończy za mnie Johanna. - Zapasów starczy dla dziewięciorga na co najmniej kilka miesięcy, Widziałeś spiżarnie.
Dziewięciorga?
- Wiem. Zorientowałem się już wczoraj. - przyznaje. - Nie podoba mi się to. Wygląda na to, że Paylor nie spodziewa się pokonać kapitolińczyków za szybko. O ile w ogóle.
Wzdycham i kładę dłoń na czole. Odwracam się do nich plecami.
Nie jest dobrze. Nie dam rady przesiedzieć tu tyle czasu. Bez świeżego powietrza, bez Słońca, bez wszystkiego co ma związek z naturą.
- Pójdę się rozpakować. - mówi Johanna. - Zawołajcie mnie na śniadanie.
Słyszę jej kroki na schodach.
- W porządku? - Peeta zbliża się do mnie.
- Nie. - szepczę, - Nic nie jest w porządku. - Odwracam się do niego i staję z nim twarzą w twarz. - Wiesz im jest ta dziewiąta osoba?
Wyglądana skonsternowanego.
- Jaką dziewiąta osobą?
- Johanna powiedziała, że zapasy starczą dla dziewięciu osób na przynajmniej kilka miesięcy, ale zwycięzców jest siedmiu i do tego Effie. Kim jest ta dodatkowa?
Peeta marszczy brwi.
- Może Johanna się pomyliła,
To najprostsza odpowiedź. Sama jednak nie potrafię wymyślić niczego lepszego.
- Pewnie masz rację.
Wzdycham i chowam twarz w dłoniach.

piątek, 10 lutego 2017

Rozdział 5

Wchodzę do ciemnego pomieszczenia, z jednym oknem, które jest zasłonięte pancerną zasłoną, w pokoju stoji duże łóżko i szafa... Jest tak jak w Wiosce Zwycięzców.
Rzucam moją walizkę w kąt, zapalam światło i idę do łazienki się odświeżyć.
Wchodzę do niej widzę dużą wannę wielkie lustro, a pod nią umywalkę i mnóstwo szafek i szuflad. Mam ogromną chęć zanurzyć się w ciepłej wodzie. Idę więc pośpiesznie po rzeczy z walizki, którą zostawiłam w pokoju i zabieram czyste ubrania. Ciemne spodnie, zieloną bluzkę do kompletu z szarym wełnianym swetrem i idę do, uszykowanej już wcześniej kąpieli.

Woda jest ciepła, a piana, która zrobiła się przez olejek, który znalazłam w jednej z szafek. Nienawidzę takich kąpieli, wolę zimny prysznic, ponieważ w tedy nie myślę o tych wszystkich ludziach, którzy zginęli przeze mnie. Niestety, całą resztę dnia tak spędzam, na tym całym rozmyślaniu. Mam ochotę.... Nawet nie wiem na co mam ochotę, jestem tu wyrzutkiem i mogłam nie przyjeżdżać i pozwolić, aby ci terroryści zrobili ze mną to samo co z tymi innymi ludźmi w galerii. Kolejni zabici i może znowu przeze mnie. Czuje jak zimne łzy spływają po moich policzkach. To znak, że czas już wychodzić, powoli wstaję pozwalając ciepłej wodzie ocieknąć z mojego ciała ,jedną nogą przysuwam małe niebieskie coś, które chyba służy do tego, aby po kąpieli nikt się nie poślizgną na płytkach. Rozglądam się po pomieszczeniu, w którym się znajduję lecz nie widzę ani jednego ręcznika, zaczynam szybko przeszukiwać szafki i szuflady, ale jak na złość nie ma żadnego ręcznika. Próbuje sobie przypomnieć czy wzięłam jakiś z domu, niestety Haymitch kazał mi się tak szybko pakować, że wzięłam tylko ubrania z szafy, łuk, broszkę z Kosogłosem i perłę od Peety.... Peeta tęsknie za nim jeszcze bardziej, kiedy jest blisko mnie, ponieważ nie mogę do niego podejść i bez karnie go przytulić czy pocałować, chociażby w policzek. Dzisiaj kiedy lecieliśmy poduszkowcem, miałam lekkie obawy, że Peeta się na mnie rzuci tak jak w Trzynastce lecz po tym jak go zobaczyłam to poczułam, taki przypływ ciepła w środku, miałam nie małą ochotę podbiec do niego i przytulić tak mocno jak jeszcze nigdy. Czuję jak się trzęsę z zimna, jak tak rozmyślałam to moje ciało w większości wyschło, więc mogę już założyć ubranie i zobaczyć resztę domu.

Otwieram drzwi do pokoju, a fala ciepłego powietrza oraz zapach... Serowych bułek????? Nie mam zielonego pojęcia gdzie mam iść, dlatego też idę za tym cudownym zapachem. Po drodze do kuchni mijam kilka pokoi, chyba łazienkę i jakiś schowek. Kiedy dochodzę do schodów, które prowadzą na dół, widzę jak z jednego z pokoi wychodzi Haymitch, który mnie dostrzega i kiwa głową przecząco, lecz ja nie mam pojęcia o co mu chodzi. Nie zastanawiając się dłużej omijam Haymitch'a i schodzę na dół do kuchni.
Wystrój kuchni jest... normalny taki jak wszystkie kuchnie. Obok okna są jakieś otwarte drzwi, myślę że jest to jakiś schowek, czy coś w ten deseń. Nagle z niego wychodzi Peeta, bez niczego... Znaczy bez koszulki. Chcę wyjść z kuchni, ale nagle czuje uderzenie i tracę przytomność.



---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Mam nadzieję, że pomimo naszej nie obecności rozdział Wam się spodoba.~~P

sobota, 19 listopada 2016

Rozdział 4

Hej wszytkim. Tak, żyjemy.
/Tina
***

Pośpiesznie ocieram łzy, które już zaczęły mi spływać po policzkach. Klnę w duchu. Wmawiane sobie, że nie jestem słaba nic tu nie da. Nie potrafię kłamać przed samą sobą.
Zaciskam ręce na oparciach fotela i zaciskam zęby. Effie odpina pas bezpieczeństwa i zbliża się do mnie.
- Wiesz... Możemy zawsze kazać pilotowi wylądować i...
- Dam sobie radę. - warczę pełna wściekłości.
To tylko i wyłącznie moja sprawa co się dzieje w środku mnie samej. Niczyja inna.
- Jak sobie chcesz. - szepcze.
Sądzę, że ją poirytowałam.
Nie czuję się winna. Wręcz sądzę, że dobrze jej tak, jak jest. Ona nie interesowała się tym czy chcę jej pomocy w doborze odpowiedniej garderoby na wyjazd, więc i ja nie muszę martwić się jej zdaniem. Od powrotu do dwunastki Effie jest jak wrzód na tyłku. Mam już jej po dziurki w nosie.
- Tak. Tak właśnie chcę. - odwarkuję.
Chyba złoszczę ją tym jeszcze bardziej, bo Effie podskakując na swoich szpilkach wychodzi trzaskając drzwiami.
Zostaję sama. Wyglądając przez okno chwyta mnie poczucie strachu. Muszę sobie przypominać, że już jest po wojnie, że się już dawno skończyła i nikt nie strąci nas z nieba pociskami. Potem jednak przypominam sobie o tajemniczych wojownikach i strach ponownie zaciska swoją pięść na moim gardle.
Cały lot spędzam sama ze swoimi demonami i dopiero, kiedy poduszkowiec zaczyna się obniżać wracają Haymitch, Peeta i Effie. Za pewne od razu widzą, że nie jestem w najlepszym stanie, więc dają mi spokój.
Nie odzywam się. Siedzę tylko z zaciśniętymi powiekami czekając, aż dotkniemy ziemi. Lądujemy bez żadnych problemów.
Nogi mam, jak z waty, kiedy stawiam pierwsze kroki na ziemi. Mój umysł jest przysłoniony kilkoma warstwami wielogodzinnego oniemienia strachem i teraz ledwo mogę mówić.
Wita nas ktoś, kogo imię od razu zapominam. Nawet nie wiem czy jest to kobieta czy mężczyzna o ma całkowicie zgolone włosy, chrypę i bezkształtny mundur na sobie. Od razu czuję, że ta osoba jest kimś ważnym, bo każdy zwraca się do niej Per Kapitanie.
Pocieram dłońmi swoje ramiona. Jest tu dużo zimniej niż się spodziewałam. Peeta spogląda w moją stronę i zauważa, że drżę. Bez słowa odpina zamek błyskawiczny i układa mi ją na ramionach. W pierwszym odruchu mam ochotę odmówić, ale ostatecznie przyjmuję jego dobroć.
- Witam w dystrykcie czwartym. Me imię to Kapitan Jenedith Caprii i moje zadanie, to zaprowadzić was w bezpieczne miejsce.
A więc to kobieta. Przełykam ślinę i kiwam jej głową na powitanie, gdyż nie jestem pewna gdzie siedą moje struny głosowe. Haymitch prezentuje mnie za mnie, za co jestem mu wdzięczna.
Prowadzą nas do opancerzonego wozu bez okien. Siedzimy więc w całkowitej ciemności nie odzywając się do siebie ani słowem.
Czuję się jak zwierzyna transportowana z farmy do fabryki. Wiele razy zmieniamy środek transportu aż w końcu stajemy przed niskim, wtapiającym się w tło, kamiennym domkiem. Widać jednak, że ściany są solidne. Jest on też schowany pod grubą warstwą ziemi i trawy i jedynie drzwi wystają na zewnątrz. Ten azyl ma zostać moim więzieniem na bliżej nieokreślony czas. Moje dłonie drżą, kiedy wchodzę do chłodnego holu. W środku jest dosyć wystawnie, ale bez przesady. Z kuchnią, malm salonikiem i korytarzem w około tuzinem drzwi, to miejsce prezentuje się ponuro i nieprzyjemnie.
Spoglądam na naszego strażnika, który popycha mnie delikatnie do przodu. Zaraz za nim kroczy Kapitan Cprii. Pani Kapitan wyprzedza mnie i wskazuje na korytarz.
- Oto wasze pokoje. - mówi. - Możecie wybrać którykolwiek chcecie. Wszystkie są identyczne i mają dostęp do własnej łazienki. Następna grupa zwycięzców przybędzie tutaj jutro z samego rana, a ostatnia jutro wieczorem. Miłego dnia.
I tyle. Wychodzą i zamykają za sobą drzwi... na klucz.
Spoglądamy po sobie. Haymitch, Peeta i ja.
- To miejsce przypomina mi o Trzynastce. - mówię.
- Jest nawet gorsze. - odzywa się Haymitch. - Bo jestem na razie zamknięty tylko z zawszą dwójką.
Wyciąga piersiówkę z kieszeni marynarki i pociąga spory łyk.
- Lepiej oszczędzaj, Haymitch bo nie sądzę, aby nowe dostawy się zbliżały. - mruczy Peeta.
Haymitch wzrusza ramionami i odchodzi. Zajmuje pokój na samiusieńkim końcu korytarza. 


poniedziałek, 9 maja 2016

Rozdział 3

Cześć. Sorrka, że tak dwno nie było rozdziału, ale to tylko i wyłącznie moją wina. Rozumniecie egzaminy itp. ale postaram się częściej wstawiać rozdziały.
P. S. Następny rozdział będzie jak będą conajmniej dwa komentarze.
Pozdrawiam P.
Na szczęście Paylor w końcu wyjeżdża zostaiając nas samych z własnymi myślami. Haymitch chodzi w jedną i w drugą stroną sprawiając, że kręci mi się w głowie, więc zostwiam go Peecia, aby to on się z nim użerał. Kieruję się do kochni. Parzę herbatę podczas, gdy Peeta i Haymitch prowadzą rozmowę, której i tak od dłuższego czasu nie słucham. Z tego co wychwyciłam, kiedy siedziałam jeszcze z nimi to rozmawiali o nowym pomyślę Pani Prezydent. Mianowicie o tym, że każdy żyjący zwycięzca ma obawiazek zamieszkania razem w Czwartym Dyskrykcie. Podobno jest jakiś superbezpieczny, ponieważ jest oddalony o 20 kilometrów od miasta i jest ogrodzony siatką pod napięciem. Każdy Zwycięzca, czyli Annie, Beetee, Enobaria, Peeta, Joahnna, Haymitch i ja będzie miał swój własny dom w Wiasce Zwycięzców Czwartego Dyskryktu. Moim zdaniem jest to bez sensu, bo jak mają nas dopaść to prędzej czy później to zrobią.
Z moich zamyśleń wyrywa mnie ciche pukanie do drzwi. Haymitch i Peeta są tak pochlanieci rozmową o zamachowcach, że nie zwracają uwagi na to co się dzieje wokół nich. Odstawiam kubek z herbatą i kieruję się w stronę drzwi. Lekko przekrecam klucz i to co... A to co widzę, bym się chyba nigdy nie spodziewała. Do domu Haymitch'a przyszła blądynka, o piwnych oczach oraz delikatnych rysach twarzy. Jest bardzo podobna do Effie, ale to nie może być ta niziutka kobietka z tonami pudru i kolorowymi włosami. Widać, że dziewczyna jest lekko zmieszana, a ja nie wiem co powiedzieć. Czemu akurat w tym momencie Peeta musi rozmawiać z Haymitch'em? No dobra, ale jak powiem coś głupiego i ona sobie pójdzie to nie moja wina. Z resztą do Haymitch'a, żadna ładna dziewczyna nie przychodzi, może się zgubiła?
- W czym mogę pomóc?
Dziewczyna patrzy na mnie jak na kogoś, kto właśnie powiedział, że elfy w lesie robią na drutach. Jeszcze raz dokładniej jej się przyglądam, lecz na nic sensownego nie wpadam.
-Ty mnie naprawdę nie poznajesz?
Chwila moment to jest przecież głos Effie. Jak ona się zmieniła!!
-Effie!! Jejku, przepraszam, ale zmieniłaś się bardzo.
Przytulam blądynkę, a ona mnie. Bardzo, ale to bardzo sie za nią z tęskniłam. Jest dla mnie jak ciocia, ale nie taka daleka, tulko jak na przykład siostra mojej mamy, czy mojego taty. Tyle razy mi pomagała, że nie da się zliczyć. Bardzo ją kocham.
Na policzkach czuję łzy. Nie są to łzy smutku czy żalu, to są łzy radości. Ciesze się z tego, że żyje i nie była w tej galerii mordu, gdzie, jakby to powiedziała Joahnna " niepoczytalni psychicznie psychopaci " dokonali morderstwa tylu osób. Jak o tym myślę, to aż mi serce ściska. Tylu ludzi zginęło na wojnie oraz podczas igrzysk, a teraz jeszcze to. Zdaje sobie sprawę co czują rodziny tych zmarłych osób. To samo ja przeżywam po śmierci mojej Prim.
Razem z nową Effie idziemy w stronę salonu, w którym siedzą Haymitch i Peeta, a raczej siedzieli, ponieważ ich nie ma. Rozgladam sie po pokoju nie ma ich. Gdzie mogli pójść? Patrzę na Effie, ona też rozgląda się po pokoju, chciała zrobić niespodziankę nam wszystkim, a chłopaków gdzieś wcieło. A może... Nie to niemożliwe... Chociaż Plutarch mówił, że Ci terroryści mogą mieć na nas chrapkę i może to oni ich porwali?!
- Przepraszam Effie, jeszcze przed chwilą tu siedzieli, a teraz ich nie ma.
- Nie ma problemu. Po prostu ich poszukajmy - Mówi Effie.
Muszę przyznać, że bez kapitolskiego akcentu ma piękny głos. Więc tak jak powiedziała, tak robimy.  Zaczynamy od piętra. Jest tu niemiłosierniy smród, tak jak zazwyczaj u Haymitch'a bywa. Wchodzimy do pierwszego pokoju po prawej stronie pusto
Drugi, tam również nic
Trzeci, pusto
No i w końcu ostatni pokój. Otwieram powoli skrzypiące drzwi, ale tam też, żadnego śladu po Haymitch'u i Peecie.
Pomału zaczynam się denerwować, że coś mogło się im stać. Patrzę na Effie ona chyba też się lekko martwi.
-Gdzie się oni mogą być? To nie czas na zabawy w chowanego. -Effie jest wyraźnie znartwiona.
Szczerze jej się nie dziwi też się o nich martwię.
-Chodź poszukajmy jeszcze na dole.
-Ale to nie ma sensu przecież byłyśmy tam i nic nie zwróciło naszej uwagi. Katniss, a jak ktoś ich porwał?
Przeszło mi to przez myśl, ale nie sądzę, aby, ktoś próbował porwać facetów, którzy są wyszkolonymi zabójcami.
-Mam!! - moją była opiekunka patrzy na mnie z wyczekiwaniem - Zawołajmy ich. Może gdzieś siedzą i myślą, że poszłam do domu.
Schodzimy na dół i wolamy na przemiennie ich imiona, ale nic się niedziele. Żaden z nich nie odpowiada. Teraz to już naprawdę się boje. Nigdzie ich nie ma i też ich nie słychać. Coś musiało się stać.
Czuję jak moje serce zaczyna mi coraz mocniej bić, a ręce się pocą ze strachu. Razem z Effie siadamy na kanapę, na której siedzieli Haymitch i Peeta. Moje oczy zalewają się łzami, ale nie tak jak przed momentem łzami szczęścia, terza to są łzy rozpaczy. Jak to możliwe, że przez zaledwie pół godziny ktoś mógł ich porwać? Nie rozumiem tego.
- Katniss... - zaczyna Effie, wiem, że dla niej to też nie jest przyjemne - Trzeba zgłosić ich zaginięcie do Strażników Pok...
Mojej byłej opiekunce nie jest dane dokończyć, ponieważ przez drzwi tarasowe wchodzą nasze dwie zguby, czyli Haymitch i Peeta. Dopiero teraz zauważyłam, że drzwi tarasowe są lekko otwarte. Z tego całego stresu nie zwróciłam na to uwagi. Effie od razu zaczyna wymachiwać rękoma i tłumacz im, że jak jeszcze raz wyjdą nie informując nas, to ona własnoręcznie ich ukatrupi. Szczerze całe przedsięwzięcie wygląda komicznie i czasami mam problem z powstrzymywaniem śmiechu, szczególnie, kiedy Effie zkarciła Peetę jak on próbował się tłumaczyć, że to nie jest ich wina.
Najlepsze jest kiedy to mój były mentor chce coś powiedzieć, a w tym momencie Effie, zaczyna mu wykład o tym, że nie wolno wychodzić nikomu w słowo, ponieważ jesteśmy to nie kulturalne. Już noe mogę wytrzymać i śmieje się w niebo głosy, a do mnie dołącza Peeta i razem się praktycznie dusimy ze śmiechu. Tak dawno nie widziałam uśmiechu na jego twarzy, ani nie słyszałam jak się śmieje. Brakuje mi tego. I n mnie nie nawidzi, a ja chyba coś do niego czuje. Tylko nie wiem czy to miłość, czy coś innego. Nikt mnie, przecież nie nauczył kochać, wiec nie mam bladego pojęcia co czuje do mojego Chłopca z Chlebem. Lecz to chyba już nie ma znaczenia, ponieważ Peeta i tak uważa mnie za zmiecha, którym jestem.
Kiedy tylko o tym sobie pomyślę, to oczy zaczynają mi się szklić i mam ochotę uciec gdzieś gdzie nikt mnie nie znajdzie. Już chciałam iść i zamknąć się w swoim domu, ale zatrzymuje mnie głos Haymitch'a.
- Mam nadzieje, że idziesz się pakować, Skarbie. Za godzinę mamy poduszkowiec do Czwórki.
Jak on dobrze mnie zna. Czasami, tak jak teraz, się to bardzo przydaje. Haymitch wiedział na 100%, że chciałam kolejny raz zamknąć się w sobie. Kiedyś mu za to napewno podziękuję, ale nie teraz. Jeatem za bardzo rozbita w środku.
- Yyyymm... Tak, tak Haymitch. Effie pomożesz mi?
Pytam z nadzieją na to, że mi pomoże i będę miała już to za sobą. Patrzę błagalnym wzrokiem ma moją dawną opiekunkę, a ona lekko kiwa głową, chwyta mmie za rękę i prowadzi do domu. Jeszcze ostatni raz spoglądam na Peetę. W jego oczach widzę to co widziałam podczas naszych drugich igrzysk, czyli wole walki, tylko ja noe wiem o co on chce walczyć.
Godzinę później
-Effie!!! Nie mecz jej tak! I się pospiesz, bo już na nas czas! -Krzyczy Haymitch z dołu.
On jest moim wybawicielem. Jak ja nie lubię się pakować. Moja droga Effie stwierdziła, że musi mi sprowadzić jakieś nowe ciuch, ponieważ to co ja mam w swojej szafie nie nadaje się na żadne uroczystości. Ja nie przykuwam większej uwagi do moich ubrań i na dodatek nie mam bladego pojęcia jakie tam będą uroczystości. Paylor nam nic nie mówiła.
Ja i Effie schodzimy na dół. Ja mam w rękach dwie torby, a Effie ma chyba ich z cztery. Jak się jej zapytałam po co jej, aż tyle toreb, to popatrzyła na mnie jak na kogoś niespełna rozumu i powiedziała, że gdzieś musi zapakować, sukienki, buty i kosmetyki.
-Effie!!! Do cholery bo was tu za raz zosta... No w końcu. Ile mieliśmy czekać?
-Tyle ile trzeba. - odbowiada mu Effie, a mój były mentor patrzy na nią z... Nawet nie wiem z czym. Jeszcze nigdy noe widziałam u niego tego czegoś.
Wszyscy idziemy na skraj lasu, właśnie tam czeka na nas poduszkowiec. Kiedy się pakowałam, a raczej Effie narzekała na moje ubrania, dowiedziałam że są nowe poduszkowce, ale tylko dla Zwycięzców. Ten poduszkowiec z zewnątrz wuglada tak jak kiedyś, ale podobno w środku jest lepszy i oczywiście jest o wiele szybszy niż poprzednie podniebne maszyny.
Cała nasza czwórka wchodzi do poduszkowca, każdy z nas siada na wyznaczonym miejscu. Ogromne drzwi poduszkowca zamykają się i ruszamy. Nienawidzę latać tymi maszynami, już wolę jechać pociągiem. Poduszkowce kojarzą mi się z rebelią i z Igrzyskami Ćwierćwiecza. Czuję jak oczy zalewają mi się łzami. Nie chcę płakać, ale to jest silniejsze ode mnie. Nie mam siły.
Effie widząc, że płacze podchodzi do mnie, wyciąga rękę, a Haymitch'owi rzuca dziwne spojrzenie.
-Yyyyy... Peeta choć zobaczymy co się yyyy.. Dzieje w tym drugim pokoju... Tak. Dalej chodźmy.
Peeta patrzy na niego jak na idiotę, ale Effie zaczęła wymachiwać rękoma i mój były sojusznik zrozumiał iluzję i poszedł razem z Haymitch'em.

niedziela, 21 lutego 2016

Rozdział 2. Problem

Hejka... Z mojej winy dawno nie było rozdziału, ale już jestem.
- Tina
***

Wciekła, jak osa wracam do dystryktu po nieudanym polowaniu. Myśliwy musi się wyciszyć, skupić, a ja nie mogłam wyrzucić z głowy durnego Haymitcha.
Siadam na łące. Pod wybranym przeze mnie świerkiem, nie ma śniegu, więc nie moczę od razu całego ubrania. Przyglądam się z daleka Dystryktowi.
W Panem nastąpiła rewolucja. Zostały wzniesione nowe fabryki, Paylor sprawdza się jako prezydent. Po raz kolejny zapanował względny pokój. W każdym razie tak mi mówią Haymitch i Sae, bo sama nie mam prawa opuszczać dwunastki do odwołania. Haymitch jednak pije, a Sae ma własne sprawy. Samotność daje mi się nieźle we znaki. Kiedyś nigdy bym nie przypuszczała, że może mi być źle samej. Po jednak wielu miesiącach zaczyna się tęsknić za ludźmi. 
W Dwunastce dużo się działo. Sprzątnięto gruzy, zebrano ciała, a popioły już dawno rozwiał wiatr. Mimo, iż duża część kopalni ucierpiała podczas bombardowania, większa część znowu jest źródłem zaopatrzenia w węgiel. Mimo kryzysu, kraj staje na nogi. A przynajmniej tak mi się zdawało.
Kiedy Haymitch wyszedł, długo dumałam nad moimi możliwościami. Stanowczo zbyt długo zastanawiałam się nad pomocą, teraz jednak obstaję przy ucieczce z dystryktu. 
Co jednak zrobię z Haymitchem, Peetą i matką? Co z Galem? Nie... Gale będzie walczyć, tego akurat jestem pewna. Wiem jednak, że Peeta i Haymitch i zwłaszcza moja mama mają dość walki. Ja też.
Postanowienie przychodzi z pierwszymi oznakami zachodu słońca. Zbieram moje rzeczy i ruszam do wioski. 

Ogrody świecą pustkami. Panuje taka cisza, że czuję się, jakbym mogła usłyszeć dźwięk upuszczanej szpilki. 
Kieruję się do domu Haymitcha. Zaskakuje mnie, co widzę, kiedy otwieram drzwi. Z przyzwyczajenia popchnęłam drzwi z całej siły, spodziewając się oporu porozrzucanych ubrań i przedmiotów. Podłoga jednak lśni czystością, więc drzwi uderzają mocno o ścianę. 
Zza framugi drzwi salonu wygląda głowa Haymitcha. 
- Co tu się stało? - pytam zdziwiona. Ignoruje mnie. 
- Nareszcie jesteś... Masz gości. - odpowiada. 
I wtedy zauważam drugą osobę, wychylającą się za nim. Peeta... 
Nic nie rozumiem, dopóki nie podchodzę bliżej i zauważam, że w salonie Haymitcha znajduje się więcej osób. 
Czterech ubranych w mundury rebeliantów stojących na baczność. Dwoje wyglądający przez okna, reszta studiując nas z uwagą. Przed nimi stoi jeszcze dwójka. Kobieta o ciemnej karnacji, imieniem Paylor i dobrze mi znany Plutarch.
Domyślam się dlaczego tu przyjechali.

- Żołnierzu. - wita się ze mną Paylor.
- Już nie, Pani Prezydent. - odzywam się.
- Obawiam się, że tak. 
Krzywię się mocno.
- Tego się obawiałam...
Paylor posyła mi blady uśmiech. Plutarch podchodzi do mnie i ściska. Przez cały ten czas Haymitch i Peeta obserwują nas ze stoickim spokojem. 
- Rozumiem więc, że Haymitch streścił wam nasz problem. - pyta Plutarch. Kiwamy głowami w odpowiedzi. - Wspaniałe. A więc wiecie, że odkryliśmy potajemne zbiorowisko szkolących się na żołnierzy ludzi. Nie zwyczajnych jednak, Oh nie... Są zaznajomieni z niesamowitymi sposobami walki, o których nigdy nie słyszeliśmy i nie ma szans na zabicie ich podczas walki wręcz... Chyba, że przez przypadek. - wyjaśnia. - Zeszłej nocy przypuścili atak na duże centrum handlowe. Niby coś małego, ale wywołało sporo zamieszania. Sądząc po nagraniach z kamer było ich około trzydziestu, a zginęło około 200 ludzi. Podejrzewamy, że jest ich więcej. Co więcej... Zabici było wyłącznie urodzonymi w Dystryktach ludźmi.
- Aż dwustu? A ich było trzydziestu?! - dziwi się Peeta.
- Zgadza się. Podejrzewamy, iż jest ich więcej, ale nic nie wiadomo. Żaden z nich nie został nawet ranny, mimo wielkiego wojennego doświadczenia naszych ludzi, którzy niemal natychmiastowo się tam zjawili uzbrojeni po zęby. 
- Co to może oznaczać dla nas? - pytam po chwili.
- Dużo pracy. - szepcze Paylor.

piątek, 8 stycznia 2016

Rozdział 1. Cudowne gwiazdy


Cześć to ja P. Mam nadzieje że rozdział Wam się spodoba. Pozdrawiam 😉



Jestem Katniss Everdenn- dziewczyną igrającą z ogniem. Jestem Kosgłosem.
     Szepczę do siebie po przebudzeniu z kolejnego koszmaru. Zazwyczaj szeptanie do siebie pomaga, ale dzisiaj jest inaczej i moje ciało protestuje przed pozostaniem w łóżku. Schodzę do kuchni, robię sobie gorącą czekoladę. Gdy podgrzewam mleko wyglądam za okno. Widzę cudowne gwiazdy. Mienią się i rozświetlają październikową noc. Lubię na nie patrzeć. Widzę w nich moich bliskich. W jednej Rue, w następnej Prim, a w kolejnych tatę, mamę, Finnick’a, Haymitch’a, Annie, Effie, Cinnę, i Peetę. Chce mi się płakać, gdy pomyślę o każdym z nich. O tych wszystkich poległych w wojnie. Nie wiem co się u nich wszystkich dzieje, ale wiem jedno. Są ode mnie bardziej szczęśliwsi. Nie utrzymuję z nimi większego kontaktu, a tym bardziej już z moją mamą.
     Mama wyjechała do Czwartego Dystryktu. Rzadko się kontaktujemy. To znaczy, ona pisze, dzwoni, ale ja nie umiem jej odpisać, zazwyczaj moje pisanie kończy się na "Mamo...". A kiedy dzwoni nie mam ochoty odbierać telefonu. Haymitch kiedyś mówił, że mama przyjechała do mnie, ale bała się spojrzeć mi w oczy, więc przenocowała u niego. Jak teraz sobie pomyślę, że moja mama spędziła noc u starego, obślizgłego pijaka jakim jest niestety Haymitch, to nie wiem czy mam się śmiać czy płakać. Chociaż z dwojga złego lepiej u Haymitch’a, niż w naszym starym domu.
          Jednak nie jest to zły człowiek. Pomagał mi na arenie i nie tylko. Nie widuję go, tylko czasem, kiedy idzie otworzyć drzwi Peecie, który codziennie dostarcza mu świeżego pieczywa. Mi też przynosi, ale zostawia pod drzwiami, bo wie, że i tak ich nie otworzę. Cieszy mnie fakt, że po wojnie odnowił rodzinną piekarnię i karmi każdego z naszego Dystryktu. Peeta nie pozwoli, aby ktoś chodził głodny. Haymitch opowiadał mi o nim, ale ja nie zwracałam na niego uwagi. Myślałam tylko o tym jak ludzie mnie nienawidzą. I chyba o to się obraził, że nie rozmawialiśmy.
      Wypiłam gorącą czekoladę, siedzę na tarasie i wpatruję się w gwiazdy na niebie, tyle pięknych gwiazd. Chciałabym chociaż jedną mieć tylko dla siebie Nawet nie wiem, kiedy zasypiam. Rano budzi mnie pukanie, a raczej walenie, w drzwi mojego domu. Nie chce mi się wstać i otwierać drzwi Peecie, który zapewne przyniósł chleb. Niestety ktoś puka tak natarczywie, że w końcu wstaję. To kogo widzę w drzwiach zaszokowało mnie.
-  Witaj skarbie! – to Haymitch. Tylko czego on ode mnie chce? – Wpuścisz mnie, czy będziemy tak rozmawiać na dworze?
Nie wiem co powiedzieć. Przesuwam się w drzwiach i daje mu znak ręką, by poszedł do kuchni. Już mam zapytać czemu mam zaszczyt go gościć w domu, ale on jest szybszy.
- Jestem tu, aby ci coś przekazać – przerywa na chwilę i patrzy na mnie. – Pani prezydent dzwoniła do ciebie, ale oczywiście ty nie masz czasu na odebranie telefonu… Wiesz skarbie, że Paylor dobrze sobie radzi z rządami Panem… Ale nie radzi sobie z częścią Kapitolu. Widzisz, chodzi mi o to, że Kapitolińczycy wywołali zamieszki. –Jak to? Czy oni wszyscy powariowali?!
- Czy oni chcą następnej wojny?! Niedawno skończyła się jedna, a oni chcą już kolejną?! – nie wytrzymuje i wybucham. Co oni sobie myślą? – Haymitch, jeżeli pani Prezydent chce, żebym stała na czele wojska to się grubo pomyliła. Na pewno tego nie zrobię! Choćby mieli mnie torturować to i tak tego nie zrobię.
On dobrze o tym wie, tak jak wszyscy w kraju. Haymitch mówił, że jesteśmy w niebezpieczeństwie, każdy ze zwycięzców. Powiedział też, że Kapitolińczycy się zbuntowali, bo jeżeli dziewczyna z Dwunastego Dystryktu może wywołać wojnę, to oni też dadzą radę. Nie wiem, co o tym myśleć. Chyba muszę ich wszystkich ratować, tak jak próbowałam ratować życie Peety podczas  naszych drugich igrzysk.
- Peeta… - mówię półgłosem. – Czy Peeta wie? – Haymitch nic nie odpowiada, kiwa tylko przecząco głową i wychodzi. Jestem znów sama i rozdarta. Nie wiem kogo mam ratować. Ich wszystkich czy… tylko Peetę?